Najmniejszy park miejski

Był czerwiec, ciepłe popołudnie początku lata. Jaskółki pogwizdywały latając między kamienicami, a bez bluzy można było chodzić nawet po zachodzie słońca.

Julian wracał do domu spacerem, ciesząc się zapachami i atmosferą typowymi dla tej pory roku, o których zdarzało mu się myśleć z utęsknieniem w zimne lutowe poranki. Skręcił w ulicę, przy której był mały park, jeden z najmniejszych w mieście. Jeżeli tylko była pogoda, często tam zaglądał. Siedząc na ławce, czytał popołudniówkę, albo po prostu patrzył, jak ludzie jedzą gofry, siedząc na murku fontanny.

Tego wieczoru Julian nie miał gazety. Nie wyjął też z teczki książki, mimo, że kryminał, który teraz czytał bardzo go wciąśgnął. Patrząc na prześwietlone póżnym słońcem liście i białe kwiaty jaśminu, z papierowej torby wyjął Kasztanka. Kasztanki to ulubione czekoladki jego najmłodszej córki, kupował więc czasem ćwierć kilo, żeby sprawić jej przyjemność. Sam też je bardzo lubił, podjadł więc jednego. Zostało sreberko, z jednej strony ciemnozłote z napisami, z drugiej srebrne – jak to sreberko. Rozprostował je i obejrzał uważnie. Zerknął na trawnik, kwitła koniczyna i mlecze. Wstał z ławki i zerwał kilka kwiatków. Zrobił miniaturowy bukiet, na liściu babki, ze sterczącą trawką. Potem przeszedł  w zaciszny kąt parku. Tam, pod płaczącą wierzbą, ukląkł na ziemi i wykopał mały dołek. Wyłożył go sreberkiem po Kasztanku i wypełnił bukiecikiem, jeszcze tylko szkiełko. Co to się porobiło, żeby w parku miejskim nie było pobitych butelek. Ściągnął więc z nosa okulary w grubej oprawie. Złamał ją, a jednym ze szkieł zakrył dołek. Przysypał go ziemią, którą potem odgarnął. Szkło optyczne sprawiało, że bukiet wydawał się dużo większy, niż był w rzeczywostości. Julian zasypał kingu-lingu, otrzepał spodnie i ruszył w stronę domu, z torbą pełną Kasztanków dla małej Joasi.

rys. Krystyna Zalewska

rys. Krystyna Zalewska